Autor: Ghost Rider
korekta: Serena
Rhamona opisała jak zrobić niezapomnianą sesję, a ja jestem już jedną nogą na rpgowej emeryturze; więc wypowiem się o kilku niezapomnianych sesjach. Czemu kilku sesjach? Bo nigdy nie będzie tej jednej jedynej niezapomnianej sesji. Niczym dobre wina ze średniej i wyższej półki, każde pomimo tej samej nazwy i etykiety, kryją w sobie inny smak.
Lecz do rzeczy. Jest kilka niezapomnianych sesji i chciałbym się nimi z Wami podzielić. Nie były to jakieś super hiper epickie sesje z ratowaniem świata… choć jedna takowa się zdarzyła
WFRP 1 ed. – od tego się zaczęło nie ma co mówić. Do dziś pamiętam swoją pierwszą sesję w życiu jaką prowadziłem i był to… oczywiście “Kontrakt Odlenhallera” ( czy jakoś tak, nie pamiętam nazwy) Był rok 1999, a ja byłem wtedy w pierwszej klasie gimnazjum. W ramach wyjazdu integracyjnego wziąłem swój nowo nabyty w sklepie podręcznik i poprowadziłem go z kilkoma kolegami z klasy. Było… tragicznie, gracze się nie skupiali, cały czas nie umieli wczuć się w rolę, zabijali się nawzajem i ogólnie prowadziłem jak chińczyk samochód. Ten tragizm sprawił, że dowiedziałem się, że moje umiejętności prowadzenia sesji pozostawiają wiele do życzenia. Może ta twarda pobudka sprawiła, że pomimo fatalnej gry, była ona jedną z najbardziej pamiętliwych chwili w mojej historii mistrzowania.
Była jeszcze jedna niezapomniana sesja, którą prowadziłem jakieś dwa lata później, także do młotka. Miała to być odskocznia od prowadzonej przeze mnie kampanii, a jeden z graczy dorwał jakąś stronkę ze scenariuszami do Młotka. Pomyślałem sobie, że poprowadzę jakiegoś one-shota i trafiłem na scenariusz o wspinaczce na szczyt jednej z Gór Krańca Świata. Nie była to jakaś tam heroiczna przygoda, ale miała swoje momenty. Zwłaszcza kiedy gracz grający elfickim złodziejem miał krytycznego pecha i nie złapał młotka wspinaczkowego, co w rezultacie skończyło się z tym, że spadł i… Cóż, wtedy odkryłem potęgę Punktów Przeznaczenia
Skoczymy o jakieś kilka lat do przodu i opowiem wam historię prostą, jak budowa cepa, a dającą tyle radochy z grania i niezapomnianych momentów. Tym razem gra odbywała się w systemie Vampire: the Requiem. Gracze zaczynali normalną grę, bez jakiś tam super mocy czy punktów doświadczenia do rozwinięcia. Byli popychadłami praktycznie każdego Przymierza i starszych wampirów. Wraz z rozwojem kampanii lata w grze mijały, gracze rośli w siły i zawierali sojusze z różnymi osobowościami i zyskali sobie kilku wrogów. W tym i najpotężniejszego wampira w mieście- Księcia. Kulminacyjnym punktem kroniki była właśnie nasza ostatnia sesja. Zaczęło się spokojnie, ale wraz z rozwojem sesji gracze czuli się osaczeni i musieli sporo się nakombinować, by nie zginąć. Jak musieli przykładowo uciekać ze swojego wspólnego schronienia otoczeni przez trzy oddziały uzbrojonych po zęby policjantów SWAT. W środku dnia. Kiedy w końcu przeżyli rzucili się do finałowej walki w wieżowcu Księcia i wraz ze swoimi sojusznikami zatriumfowali. Nie obyło się bez ofiar wśród graczy, ale wszyscy byli zadowoleni z gry. Dlaczego? Bo dałem im, jako MG, możliwość wspięcia się na sam szczyt. Zasada od zera do power playera, mimo, że jest mocno oklepana, tak naprawdę każdego z nas rajcuje. A gracze do dzisiaj mi wytykają finałową sesję i najchętniej chcieliby grać dalej. Już jako Primogeni
Jednakże niezapomniane sesje to nie tylko sesje w “realu”. Paradoks wspomniał o “Imperium w Płomieniach“, w którym uczestniczył. Nawet ja wiedziałem, że sesja jest epicka, bo parę lat temu z zapartym tchem opowiadał mi przy piwie o tym, co dzieje się za zahasłowanymi forami
Ja o PBFach mógłbym długo, choć pewnie kiedyś napiszę o tym kiedyś artykuł. Dlatego tylko wspomnę o “Chicago“, sesji w Świecie Mroku osadzonej w mieście Chicago, gdzie każdy z graczy miał swoje własne cele, a często postacie sobie wchodziły w interesy, niekoniecznie o tym wiedząc. Gracze do dzisiaj pytają się, czy nie reaktywowałbym sesji (co brzmi bardzo kusząco), a ja sam miałem niezły ubaw, starając się przeplatać różne wątki w grze tak, by każdy mógł w nich wziąć udział.
Skoro mowa o sesjach PBF, warto wspomnieć o innych formach sesji. Na przykład takie LARPy. Z nimi jest sporo roboty, ale efekty prac organizatorów doceniane są przez uczestników. Dla mnie takim niezapomnianym LARPem był Wolsung pod banderą zespołu Lucek&Garnek na Teleporcie ‘05 w Wrocławiu. Nie dlatego, że osiągnąłem zamierzone cele (bo nie osiągnąłem), ale dlatego, że dałem się porwać fabule. W skrócie: zamordowano barona. Według informacji orgów, to moja postać go zastrzeliła by móc posiąść jego żonę. Wraz z przebiegiem sesji stało się jasne, że baron miał wielu wrogów i… każdy z graczy miał udział w morderstwie. A było nas może z trzydzieści osób? W każdym bądź razie baron był postrzelony, otruty, przekłuty, znów postrzelony itp. A osoba która zabiła barona to… cóż, tutaj właśnie tkwił geniusz autorów LARPa. Baron zmarł, nim wszyscy zdążyli go “zabić”. Ha!
Jaki jest morał tego artykułu? Bardzo prosty. Niezapomnianą sesją może być każda. Nie tylko ta, w której osiąga się wszystkie cele. Sesje, które są dnem i kiczem, mogą też być uznane za niezapomniane, bo można się wtedy wielu rzeczy nauczyć. Choć szkoda, jeśli gracz lub MG ma tylko takie “niezapomniane” sesje w głowie. Liczy się wszakże zabawa i radość płynąca z gry


15-09-2009 - 23:36
[...] 22. Wpis Ghost Ridera – WFRP, Wampir i PBF. [...]
16-09-2009 - 17:19
Dziękować