Autor: Ghost Rider
Korekta: Paradoks
Jako Mistrz Gry i jednocześnie miłośnik wszelkich komiksów (europejskich, amerykańskich i azjatyckich) miałem do czynienia z wieloma tytułami, niektóre okazały się strasznymi, nie wartymi wydania pieniędzy gniotami, inne przeciwnie, na długo zapadają w pamięć. Są też takie tytuły, których nie da się określić inaczej, niż jako wzór do naśladowania. O jednym z tych ostatnich będzie teraz mowa: dzieło (bo nazwać to tworem byłoby obrazą) Gartha Ennisa i Steve’a Dillon’a zwące się Kaznodzieja (ang. Preacher).
Whiskey
Nim zacznę właściwą recenzję, krótko o autorach. Jeśli kupujesz komiksy w Polsce, musiałeś się już spotkać z tymi nazwiskami. Duet ten znany jest z pracy nad serią Hellblazer , wydawnictwa DC/Vertigo (u nas wydawanej przez Egmont) i według wielu to oni nadali serii niepowtarzalny charakter, który nie do końca udało się przenieść na ekrany w jej filmowej adaptacji Constantine. Ten sam duet odświeżył mocno niedocenionego Franka Castle, znanego nam jako The Punisher (wyd. Marvel) kreując losy tego sympatycznego mordercy w trzeciej serii (wydanej u nas przez ś.p. wydawnictwo Mandragora). Po drodze napisali także jeszcze co nieco o przygodach Nicka Fury’ego w mini serii Fury. Ennis jeszcze na naszym rodzimym rynku zasłynął jako scenarzysta innego komiksu o Pogromcy- Punisher: Born, Pro (parodia komiksów o superbohaterach, gdzie bohaterką jest prostytutka obdarzona super mocami) oraz Ghost Rider: Droga ku Potępieniu (org. Ghost Rider: Road to Damnation). Żadna z tych opowieści nie może równać się z ich życiowym dziełem, o którym będę tutaj pisać.
Bóg
Akcja Kaznodziei dzieje się w Ameryce w połowie lat dziewięćdziesiątych. Historia opowiada o Wielebnym Jesse Custerze, tytułowym Kaznodziei, mieszkającym na zadupiu Teksasu, głoszącym co niedzielę słowo Boże tamtejszej ludności. Jesse nie jest zadowolony z bycia kaznodzieją, popadł w alkoholizm i depresję. Jednak wszystko się zmienia, gdy pewnej niedzieli z Niebios ucieka tajemnicza istota zwana Genesis i łączy się Custerem, zabijając przy okazji wszystkich mieszkańców Annville.
Wkrótce do Custera dołącza jego była dziewczyna, Tulip O’Hare oraz korzystający z życia irlandzki wampir imieniem Cassidy. Sprawy szybko nabierają tempa, gdy okazuje się, że po syntezie z Genesis, Jesse może użyć jego mocy i za jej pomocą zmusić do posłuszeństwa każdego. Wkrótce Custerem zaczyna interesować się policja i federalni, a aniołowie, chcąc pozbyć się Genesis, wysyłają na ziemię Anioła Śmierci – Świętego od Morderców. W kulminacyjnym punkcie pierwszej historii, Custer zmusza aniołów by wyjawili mu prawdę o Bogu i Genesis. Dowiedziawszy się, że Genesis jest potomstwem anioła i demona, przerażony Bóg postanowił opuścić Niebo i udać się na Ziemię, porzycając swoje Boskie obowiązki. Posiadając moc Genesis, Jesse chce odnaleźć Boga i zmusić go do powrotu do Nieba.
To jest dopiero początek sagi i choć brzmi ona strasznie banalnie, jest w niej masa interesujących szczegółów i postaci, z którymi warto się zapoznać. Między innymi istnieje ogólnoświatowa organizacja Graal, która chce wywołać Armageddon i wstawić na miejsce mesjasza opóźnionego w rozwoju piętnastolatka. Innym przykładem jest rodzina Custera, z fanatycznie religijną babcią, która w ramach kar, zamykała Jess’ego w trumnie. Jest jeszcze Herr Starr, jeden z agentów Graala, który własnoręcznie postanawia przejąć kontrolę nad organizacją. Jest oczywiście Święty od Morderców, który wygląda jak połączenie Johna Wayne’a z Clintem Eastwoodem za czasów, kiedy grywał w westernach. Zresztą, sam Święty jest rewolwerowcem i żył w czasach Dzikiego Zachodu. Wraz z rozwojem serii naprawdę wiele się dzieje, każdy z trójki bohaterów ma swoje momenty. Są i Francuzi, jest i bomba atomowa, są rytuały voodoo, jest banda homoseksualistów-kanibali…
Cóż, choć przesadziłem z tym ostatnim, też bardzo nie skłamałem.
Western
Kiedy pierwszy raz czytałem Kaznodzieję, musiałem walczyć z własnym chichotem. Humoru w tej serii nie brakuje. Jest to też jeden z niewielu komiksów, gdzie naprawdę interesowało mnie, co dzieje z postaciami. Może nie są do końca autentyczne, nieco przerysowane, jednak emocje jakie czasem wyrażają, rekompensuje tę wadę. Niestety, zanim pierwszy raz zaczytałem się w Kaznodziei, musiałem przekonać swoje oczy do rysunków, choć później stwierdziłem z zaskoczeniem, iż idealnie pasują one do tego tytułu. Niestety, Steve Dillon to ten typ artysty, którego styl można albo kochać, albo nienawidzić. Warto też zaznaczyć, że nie jest to komiks dla dzieci, albo gorliwie wierzących osób. Takiej ilości przemocy mógłby Lobo pozazdrościć. Nie wspomnę o języku, gdzie „kurwa”, „pierdolę” jest pełno. Jeśli chodzi o religię, Ennis jest dość ostry, gdy mowa o wierze i ludzkich słabościach, ale przeczytanie Kaznodziei zmusza czytelnika do myślenia. Czy ktoś pamięta jakiś komiks, po którym usiadło się na fotelu i zastanawiało nad treścią?
Warto też zaznaczyć, że Kaznodzieja pokazuje z jednej strony bardzo amerykańskie wartości, jak duma, honor, flaga czy Texas, ale z drugiej też pokazuje amerykańską głupotę, ignorancję i rasizm. Można powiedzieć, że jest to współczesny western, ponieważ wątki są wielokrotnie osadzone w tematach związanych z Dzikim Zachodem, z jakim wielokrotnie mogliśmy mieć styczność w książkach czy w telewizji. Jest jeden dobry w świecie skurwieli. jest zdrada. Jest miłość. Jest zemsta i jest sprawiedliwość. Do tego tło Custera i Cassidy’ego osadzone jest w realiach historycznych, jak Wietnam czy czasy prohibicji. Na dokładkę wszystko jest tak sensownie wytłumaczone, że nie mogłem uwierzyć, że autorzy tego komiksu to duet złożony z Irlandczyka i Brytyjczyka.
Kaznodzieja to wielkie dzieło. Jest jednym z tych komiksów, który każdy szanujący się komiksiarz powinien mieć w swojej kolekcji obok The Dark Knight Returns, Maus, Batman: Year One czy God loves – Man kills. Warto się zapoznać z całą serią, co jest tym łatwiejsze, że została u nas wydana przez wydawnictwo Egmont. Szkoda, żeby ktoś kto lubi takie klimaty nie miał okazji przeczytać “przygód” Jesse Custera.


30-11-2009 - 04:53
Będą spojlery.
Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć zachwytów nad tą serią. Owszem, zaczyna się bardzo obiecująco, potem jeszcze ze dwa tomy trzymają poziom, a potem seria pikuje w dół, a wszystkie te elementy, o których mówiłeś: patetyzm, krytyka amerykańskiego społeczeństwa, dowcip, czy wreszcie sama intryga z uciekającym Bogiem są podawane w coraz mniej przekonujący sposób (w ostatnich dwóch tomach IMO przybierają naprawdę żenujący poziom. Dno plus metr mułu). Przegięte motywacje bohaterów, które w pewnym momencie stają się własną parodią, zwłaszcza wątek miłości Jessiego i Tulip czy kompletne spieprzenie świetnej z początku postaci Cassidy’ego. Jego “duchowa przemiana” na koniec jest tak wydumana i niewiarygodna, że aż mam mdłości. Zresztą, nie tylko jego wątek spieprzono: Graal z początku jest organizacją intrygującą, bo jednocześnie wszechpotężną i mającą paranoidalne cele, na końcu zostają tylko paranoidalne cele (choć zmienione) i banda idiotów w mundurach, która daje się zrobić głównym bohaterom w konia przy każdej okazji. Starr – na początku postać niezłomna i makiaweliczna, na końcu – klaun serii, którego jedynym celem jest wkopywanie się w coraz bardziej durne plany i doznawanie coraz większych uszkodzeń ciała (co chyba miało być zabawne, ale wygląda jak w kółko powtarzany gag z wpadaniem twarzą w tort). Itede itepe, mógłbym tak długo.
“Czy ktoś pamięta jakiś komiks, po którym usiadło się na fotelu i zastanawiało nad treścią?”
Pod słowo “komiks” podstaw “książka” albo “film” i przeczytaj jeszcze raz. Nie sądzisz, że to zdanie nie tylko głupie (naprawdę oczekiwałeś, że nikt nie pamięta ani jednego?), ale na dodatek uwłaczające medium, jakim jest komiks.
Innymi słowy: tak, pamiętam kilka takich komiksów. Nie, Kaznodzieja do nich nie należał. Jeśli masz na myśli kwestię Boga, który stworzył ludzi, żeby go kochali, to sama koncepcja nie co prawda nowa, ale mogłaby być zjadliwa, gdyby nie to, że ów Bóg u Ennisa zachowuje się, jakby był na etapie rozwoju emocjonalnego trzylatka i jego pojęcie o miłości również dorównuje osobie w tym wieku. Ciężko mi więc zastanowić się nad jego motywacjami i zachowaniami oraz reakcją Custera, skoro okazuje się, że główny wątek całej serii nakręcało coś tak naiwnego.
Pierwszego dnia Ennis wziął fajne elementy plus ciekawe pomysły i zmiksował z nich serię z potencjałem. I stwierdził Ennis, że to jest dobre, więc drugiego dnia pomnożył wszystkie fajne elementy razy dwa. I znów stwierdził Ennis, że to jest dobre, więc przez kolejne dni mnożył wszystkie te elementy i mnożył w nieskończoność, aż do wyrzygania*. A w międzyczasie dobre pomysły i wątki zaginęły w akcji, aż stworzył Ennis gniota wielkiego. Tak powstał Chocapic. Tfu, “Preacher”.
*że posłużę się poetyką komiksu
30-11-2009 - 11:29
Kiedy robiłem korektę tego artykułu, odniosłem wrażenie, że komiks porusza temat jakiejś wiary czy duchowości, biorąc się za nią z dość sztampowej perspektywy osób nie tylko niewierzących (co złe nie jest samo w sobie), ale też nad istotą religii się niezbyt zastanawiających (co już jest gorsze), takie trochę “co mi się wydaje, że ktoś tam w coś wierzy”. Z tego co piszesz, rozumiem że motyw “uciekającego Boga” nie aspiruje za bardzo do jakiegoś metaforycznego, głębszego znaczenia?
30-11-2009 - 11:46
Wooow. Ale pojechałeś Siman! Teraz to już na bank kupie, żeby się sama przekonać. Trochę mi się kojarzy z Demonem (sWod) jak na razie. Zobaczymy co będzie dalej.
Zwykle tak jest, że jak jedni się zachwycają a drudzy mieszają z błotem, to oznacza, że warto samemu wyrobić sobie o tym zdanie. Z resztą Ghost uprzedził, że można się zakochać albo znienawidzić.
30-11-2009 - 12:58
GR pisał o kresce, a Siman komentuje raczej fabułę. Prawdę mówiąc jak dla mnie na razie w zupełności wystarczy recenzja.
30-11-2009 - 23:34
Siman, przesadzasz lekko i chyba coś ci musiał zrobić Ennis, że tak się wyżywasz
Chillout man, to tylko recenzja
Fakt, seria momentami wydaje się naciągana, ale każdy komiks w wydaniach zeszytowych ma swoje lepsze momenty. Mi na przykład średnio podobała druga połowa pierwszego i druga połowa drugiego (w Polsce drugi i czwarty tom) tomu. Z kolei miniseria o Świętym od Morderców była wręcz miażdząca, choć całkowicie niezwiązana z główną serią a skupiająca się na originie drugoplanowej postaci xD
Wielki plus za to, że Ennis&Dillon przetarli szlaki dla wydawnictwa Vertigo, gdzie wiarę w jakiekolwiek religie, ignorancję i politykę itp wrzucili do kibla i postawili po wielkim śmierdzącym klocku*, a pomimo wszystko jak człowiek się przyjrzy, to znajdzie między wersami różne głębsze ukryte przesłania
Poza tym Ennis to taki typ kontrowersyjnego scenarzysty, specjalizujący się w dość dosadnym humorze (Patrz: Punisher MAX, zwłaszcza na postać Barracudy i Ruskiego) i nie każdy może to lubić.
*że posłużę się poetyką komiksu
03-12-2009 - 04:23
“Siman, przesadzasz lekko i chyba coś ci musiał zrobić Ennis, że tak się wyżywasz ”
To jedna z dwóch kosmicznie beznadziejnych serii, które doczytałem do końca, bo się nieźle zaczynały (druga jest książkowa: “Achaja”). Fakt, że nad obiema ludzie się rozpływają z zachwytu, sprawia, że nóż mi się otwiera w kieszeni, nic na to nie poradzę.
“a pomimo wszystko jak człowiek się przyjrzy, to znajdzie między wersami różne głębsze ukryte przesłania”
Ale gdzie? Gdzie te przesłania? Serio pytam.
“Poza tym Ennis to taki typ kontrowersyjnego scenarzysty, specjalizujący się w dość dosadnym humorze”
Tyle, że miejscami to jest dosadny humor rodem z Benny Hilla, tylko krwi więcej (vide wątek Starra).